Jako, że ostatnio bardzo kiepsko jest z Biblioteką Grozy, to ucieszyłam się na wieść, że Wydawnictwo Zysk i S-ka opublikowało książkę pisarza, który idealnie by do niej pasował, czyli A.M.Burrage'a. "Koszmarny dom i inne opowieści o duchach" to zbiór 24 klimatycznych opowiadań tego wspaniałego brytyjskiego pisarza. Jak więc widać wybór jest duży, a opowiadania są dosyć krótkie i przystępne, dlatego też łatwo się czyta. Już z góry muszę przyznać, że ta pozycja bardzo przypadła mi do gustu - nie było chyba w tym zbiorze opowiadania, które by mi się nie podobało. Wszystkie stanowią to, co ja uwielbiam najbardziej, czyli klasykę grozy. Są to typowe opowieści o duchach, które przywodzą na myśl moich ulubionych autorów jak M.R.James, czy Edward Frederick Benson. To jest to co absolutnie kocham. Bardzo mi się ta książka spodobała i chciałam napisać o kilku wybranych opowiadaniach.
W tytułowym "Koszmarnym domu" mamy do czynienia z typowym nawiedzeniem. Młody człowiek odwiedzający zaprzyjaźnioną rodzinę doznaje dziwnego ataku. Domownicy, którzy widują zjawy, postanawiają wezwać na pomoc jezuitę- ojca Donehana. Wkrótce okazuje się, że przed laty w tym domu doszło do morderstwa. Jest to krótkie opowiadanie, ale bardzo treściwe. Czuć atmosferę grozy i tajemnicy. Sprawia ono, że mamy ochotę na więcej.
"Przypadek Ryalstone'a" przedstawia historię mężczyzny, który śni o życiu zupełnie kogoś innego. Emerytowany adwokat pan Ryalstone, kiedy kładzie się spać, budzi się jako sklepikarz Ben Surridge - człowiek, którego nigdy nie widział na oczy. Jednak jego sny są tak realistyczne, że pan Ryalstone zaczyna się zastanawiać, czy nie kryje się za tym coś więcej. Nie jest to typowa opowieść o duchach - bardziej o parapsychologii. Swoim klimatem trochę mi przypominała opowiadania Agathy Christie ze zbioru "Dopóki starczy światła". Mamy tutaj tajemnicze zjawisko psychologiczne - czy pan Ryalstone ma rozdwojenie jaźni, schizofrenię, albo inną chorobę psychiczną? Jednak czy nie ma na świecie rzeczy i zjawisk, których nie da się racjonalnie wytłumaczyć?
Ciekawy motyw występuje w opowiadaniu "Złowrogie szepty". Dzięki zeznaniom ośmioletniego Johna udało się skazać dwóch niebezpiecznych morderców. Teraz po latach dobrze mu się wiedzie, jednak nadal boi się zapuszczać do stodoły, w której doszło do morderstwa. Wkrótce jednak sprawy przybierają nieoczekiwany obrót. To opowiadanie jest naprawdę wyjątkowe, ponieważ autor zadaje ciekawe pytania - czy naprawdę pycha kroczy przed upadkiem, czy jednak możliwa jest zemsta zza grobu, mimo że dokonany czyn był szlachetny? Człowiek czasem zaczyna się zastanawiać czy w każdym z nas kryje się potencjalny morderca i wystarczą odpowiednie okoliczności, aby wydostał się na zewnątrz. Czy podszepty złych mocy naprawdę mogą przekonać człowieka do niecnych czynów? Czy jednak jest to tylko wymówka?
O innym rodzaju zemsty możemy przeczytać w opowiadaniu pt. "Wiedźma z Oxshott". Rozbójnik Jack Bishop uciekając przed wymiarem sprawiedliwości trafia do gospody w małym miasteczku. Tam jest świadkiem dziwnego zdarzenia - jeden z klientów pada na ziemię wijąc się z bólu i twierdzi, że zaatakowała go.........wiedźma. To opowiadanie jest bardzo ciekawe z dwóch względów - po pierwsze mamy tutaj elementy czarów godne samego voodoo. Po drugie interesujący jest moralny wymiar całej historii - wytłumaczalne jest użycie czarnej magii w obliczu dokonanej krzywdy?
Podobały mi się też dwa opowiadania o "Amatorze nawiedzonych domów", czyli "Odcięta głowa" i "Siedziba Treburyanów". Głównych bohaterem jest tu Derek Scarpe, czyli taki paranormalny detektyw. W pierwszej opowieści nasz miłośnik nawiedzonych domów ma do czynienia z widmem kobiecej głowy, która nawiedza pewną starą posiadłość. W drugiej poszukuje zaginionego człowieka. Bardzo lubię historie o detektywach zajmujących się zjawiskami nadprzyrodzonymi i polującymi na demony - jednym z moich ulubionych seriali jest "Supernatural". Opowiadania te są bardzo klimatyczne, mają nawiązania do wydarzeń z przeszłości i są one kluczem do rozwiązania tajemnicy. Uwielbiam zagadki z historią w tle - jestem z wykształcenia historykiem. Spodobał mi się też główny bohater - jak na amatora zjawisk nadprzyrodzonych jest bardzo konkretny, rozsądny i spokojny. Bardzo bym chciała przeczytać o innych jego przygodach.
Trochę inny charakter ma opowiadanie pt. "Przyjaciółki". Pewien uczony postanawia zaadoptować osieroconą córkę znajomego i wraz z nią przeprowadza się do posiadłości na wsi. Po pewnym czasie zauważa, że cicha i wycofana do tej pory dziewczynka bardzo się zmienia. Okazuje się, że ma ona "wymyślone" przyjaciółki, ale czy na pewno? Ta historia różni się od pozostałych, ponieważ w pewnym sensie ma pozytywną wymowę. Pozostałe opowieści to raczej typowe opowieści grozy, gdzie duchy powodują przerażenie. W tym przypadku autor stara się dać nam nadzieję, że mogą one również pełnić rolę opiekunów. Myślę, że nie tylko ludzie wierzący w głębi duszy mają nadzieję, że coś jednak nas czeka po tamtej stronie, a nasi bliscy którzy odeszli widzą nas i opiekują się nami. Cieszę się, że wśród grozy znalazła się także historia, która pomimo swojego tragizmu powoduje ciepło na sercu.
"Koszmarny dom i inne opowieści o duchach" to naprawdę świetna książka. Opowiadania A.M.Burrage'a pojawiały się już wcześniej w innych zbiorach o duchach Wydawnictwa Zysk i S-ka i zawsze bardzo mi się podobały. Są to klasyczne opowieści grozy, które choć napisane około sto lat temu, mają bardzo przystępną formę. Są też dosyć krótkie, a ich wybór jest bardzo duży, dlatego nie nużą. Dzięki nim odwiedzamy stare domostwa, poznajemy ich tajemnice i jesteśmy świadkami mrożących krew w żyłach wydarzeń. Podobało mi się to, że często miałam w tej książce do czynienia z mrocznymi sekretami - za wieloma sprawami kryła się zbrodnia i tylko jej ujawnienie mogło przynieść wyzwolenie. W kilku przypadkach mamy też do czynienia z pewną sprawiedliwością, która zostaje wymierzona zza światów. Muszę przyznać, że choć jest to pozycja obszerna, to pochłonęłam ją bardzo szybko, tak mnie wciągnęła. Szczerze nie przepadam za jakimiś udziwnieniami w horrorach - nie ma to jak dobry, stary duch. A ta książka to właśnie tego kwintesencja. Naprawdę warto się z tym zbiorem zapoznać - serdecznie polecam.
Książka Kate Francis pt. "W kręgu kłamców" to trzecia część "Moondrive Shadows", czyli nowej serii młodzieżowych thrillerów od Wydawnictwa Moondrive. Bardzo lubię thrillery młodzieżowe czy Young Adult, ponieważ zazwyczaj są one lżejsze, mniej brutalne, niż te które przeznaczone są dla dorosłych. Dlatego też bardzo zainteresowałam się tą serią. Tym razem mamy do czynienia z pewnego rodzaju slasherem.
Siedmioro uczniów liceum wybiera się na zorganizowany wyjazd. Jednak na miejscu okazuje się, że coś jest mocno nie tak - motel, w którym mają się zatrzymać wygląda na opuszczony, nigdzie nie ma żywego ducha, a ich autobus ulega dziwnej eksplozji. Przez to wraz z kierowcą muszą spędzić noc na odludziu. Bardzo szybko zdają sobie sprawę, że to nie przypadek - ktoś zwabił ich do tego miejsca, aby rozpocząć z nimi brutalną grę. Znajdują informację, z której wynika, że co godzinę mają wskazać spośród siebie najbardziej winną osobę - inaczej wszyscy zginą. Co mogą mieć na sumieniu nastolatkowie? Wygląda na to, że bardzo dużo - rok wcześniej w ich szkole doszło do pożaru, w którym zginęło kilka osób. Czyżby mieli coś z tym wspólnego? I czy ktoś pragnie zemsty? Muszą szybko się tego dowiedzieć, ponieważ zegar tyka. Czy jednak będą w stanie dokonać wyboru?
Muszę już z góry przyznać, że ta książka pozytywnie mnie zaskoczyła. Pierwsza część z tej serii w miarę mi się podobała, ale druga nie bardzo, dlatego miałam wątpliwości. Na szczęście część trzecia okazała się całkiem przyzwoita. Przede wszystkim mamy tutaj wątek, który ja w thrillerach lubię najbardziej, czyli skojarzenie z "I nie było już nikogo"Agathy Christie. Garstka osób zostaje zwabiona do odludnego miejsca przez tajemniczego mściciela, który uważa, że każda z nich zrobiła coś złego i należy jej się kara, której nie wyegzekwował wymiar sprawiedliwości. Brzmi znajomo, prawda? Właśnie dlatego ta fabuła skojarzyła mi się z jedną z najsłynniejszych książek Królowej Kryminałów. Ja osobiście uwielbiam takie klimaty. Osiem osób zostaje zamkniętych w oddalonym o dziesiątki kilometrów od siedzib ludzkich motelu. Mimo, że wygląda on na opuszczony, naszpikowany jest ogromną ilością kamer. Nasza grupa dostaje informację, z której wynika, że każdy z nich ma coś na sumieniu i co godzinę muszą wskazać spośród siebie najbardziej winną osobę. Na początku nie biorą tego wszystkiego na poważnie - uważają, że to jakiś chory żart. Jednak seria pocisków z broni snajperskiej wystrzelona w ich stronę wydaje się być przekonująca. Od tej pory zmuszeni są do walki na śmierć i życie. I tutaj trzeba naprawdę pochwalić autorkę - choć pomysł sam w sobie nie jest innowacyjny, to jednak bardzo dobrze zrealizowany. Mamy tu cały przegląd ludzkich zachowań w obliczu ekstremalnej sytuacji - od paniki do walki z napastnikiem. Oczywiście natura ludzka zawsze wygrywa - na początku bohaterowie ze sobą współpracują i starają się siebie nawzajem ocalić, jednak z czasem kiedy staje się jasne, że tylko jedno z nich może przeżyć, obracają się przeciwko sobie.
Właśnie postacie są jedną z mocnych stron tej książki. Mamy okazję poznać prawie ich wszystkich, ponieważ narracja prowadzona jest z perspektywy pierwszej osoby i co rozdział się ona zmienia. Jednak chyba można powiedzieć, że główną bohaterką jest Ana i jest ona taką final girl. Ana jest jedną z najbardziej cierpiących z powodu wypadku osób - w wyniku pożaru straciła brata. I nawet mogę przyznać, że mnie nie irytowała, o dziwo. Starała się ratować swoich przyjaciół, nawet własnym kosztem. Jeśli chodzi o pozostałych bohaterów, mamy tu przekrój typowy dla amerykańskich seriali: wrażliwiec Alex, diler Caden, waleczna Raya, dupek Ellis, pusta królowa piękności Jade i mięśniak Jax. Choć brzmi to sztampowo, to nawet się sprawdza. Czasem schematy są bardzo przydatne. Interakcje między tymi postaciami są ciekawe, ale jeszcze ciekawsze jest łączące ich wszystkich wydarzenie sprzed roku.
I to właśnie wydarzenie jest osią całej sprawy. Bardzo podobały mi się retrospekcje wplatane w bieżące wydarzenia - dzięki temu historię poznajemy stopniowo, co tylko zwiększa naszą ciekawość. Wiemy, że rok temu doszło do podpalenia i zginęło kilka osób, w tym rzekomy sprawca - ale no właśnie czy wiemy wszystko? Wygląda na to, że nie, a każda osoba zwabiona to motelu jest jakoś z tym powiązana. I tu właśnie rodzą się pytania - kim jest sprawca? Czego chce? Skąd wie, że ci nastolatkowie mają coś do ukrycia? Dlaczego zadał sobie tyle trudu? Jest to naprawdę interesująca zagadka, a jej rozwiązanie jest satysfakcjonujące - stanowi dosyć mocny zwrot akcji. Cieszę się, że w końcu mamy sprawcę, którego motywy mają jakiś sens - choć ich realizacja budzi wątpliwości. Przyznaję jest to trochę naciągane, ale jak na thriller młodzieżowy może być.
Podsumowując - książka jest naprawdę ciekawa. Ma bardzo fajny klimat, interesującą i wciągającą zagadkę, rozbudowane postacie, wartką akcję i dosyć zaskakujące zakończenie.
Może jest trochę naiwna, bo jakoś to wszystko tak zbyt gładko poszło, ale myślę, że to nie przeszkadza w odbiorze. Chociaż jest to thriller młodzieżowy, to jest bardzo dobrze napisany - czytałam o wiele gorsze thrillery dla dorosłych. Uważam też, że to najlepsza jak do tej pory książka "Moondrive Shadows". Mam nadzieję, że wydawnictwo planuje kolejne części.
Koulrofobia - lęk przed klaunami. Jak podaje portal medonet.pl, zaburzenie to jest stosunkowo nowe, jednak występuje dość często. Trudno jednoznacznie wskazać przyczyny tego zjawiska, ale najczęściej wskazuje się to, że wizerunek klauna kojarzy się z tym co nieznane. Jego rysy pokryte grubą warstwą makijażu są groteskowe i ukrywają naturalną mimikę. Poza tym kolory, którymi pokryta jest jego twarz, mogą kojarzyć się też z chorobą i zarazami. Oprócz tego jego zachowanie jest nieprzewidywalne. Właśnie dlatego postać strasznego klauna od dawna funkcjonuje w horrorach. Idealnym przykładem tego jest słynny Pennywise z książki Stephena Kinga pt. "To". Jednak tych przykładów jest o wiele więcej. Nie należy też zapominać, że znany seryjny morderca John Wayne Gacy występował charytatywnie jako klaun. Wydawałoby się, że postać klauna w horrorach trochę się wyczerpała, jednak sukces serii "Terrifier" o klaunie-mimie temu przeczy. Wizerunek klauna-mordercy postanowił wykorzystać Adam Cesare w swojej serii o Frendo. Pierwsza część pt. "Klaun w polu kukurydzy" niedawno została wydana w Polsce.
Dotknięta rodzinną tragedią Quinn wraz z ojcem przeprowadza się do małego miasteczka Kettle Springs. Nie jest to szczególnie rozrywkowe miejsce, a dodatkowo wydaje się pełne konfliktów - dorośli przywiązani do tradycji mają żal do młodych ludzi, że są skupieni tylko na zabawie i osiąganiu lajków. Ta międzypokoleniowa wojna przybrała na sile, kiedy z winy bawiącej się młodzieży doszło do tragedii. Quinn dowiaduje się, że miejscowym symbolem jest klaun Frendo, maskotka niedziałającej fabryki i rzekomy założyciel miasta. Nie wie jednak, że Frendo pragnie zemsty i nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć swój cel.
"Klaun w polu kukurydzy" to typowy slasher. Mamy tutaj standardowe cechy charakterystyczne dla tego gatunku - małe miasteczko, grupę młodzieży robiącą głupie rzeczy, mordercę w masce, zemstę, final girl itp. Jako, że w książkach po polsku slashery są rzadkością, to jest to jak najbardziej plus. Książka jest lekka, przyjemnie się ją czyta, akcja jest dosyć wartka, nie ma wielu zbędnych dłużyzn. Bohaterowie nie są najgorsi, chociaż oczywiście irytują jak to typowa, bezmyślna młodzież. Jednak główną bohaterkę Quinn oceniłabym pozytywnie - była odważna i waleczna oraz nie brakowało jej inteligencji. Nadawała się na final girl. Drugim ciekawym bohaterem był oczywiście Cole - z pozoru typowy bogaty chłopak, ale w głębi duszy zraniony i nieszczęśliwy. Dużym plusem w jego przypadku było to, że nie brakowało mu odwagi i lojalności wobec przyjaciół. Z pozostałych osób wyróżniał się Rusty, który był uważany za dziwaka, ale w momencie próby umiał się wykazać. Podobał mi się też ojciec Quinn, dla którego pomimo tragedii, która go dotknęła, córka była najważniejsza. Pozostała młodzież była jednak typowo durna.
Wielkim pozytywem tej książki jest moim zdaniem klimat - typowo amerykańskie, małe miasteczko pełne sprzeczności i konfliktów. Otoczone polem kukurydzy, w którym nie wiadomo co się kryje. Do tego przywiązane do z lekka tandetnej tradycji klauna-założyciela. Sama osoba klauna jest jednak ciekawa - bardzo lubię ten motyw w horrorach, a do slashera wydaje się szczególnie pasować. Chociaż akcja na początku rozwija się powoli, to jak już się rozkręci leci "na łeb, na szyję". Mamy tutaj dosyć drastyczne opisy mordów, ale nie przeszkadza to tak bardzo w odbiorze - w końcu jest to slasher.
Tyle z pozytywów. Teraz trzeba przejść do negatywów - moim zdaniem cała ta historia jest po prosu niedorzeczna. Motywacje mordercy są po prostu abstrakcyjne i nie mam zielonego pojęcia jak on sobie wyobrażał, że to może się udać. Nie chcę tutaj za wiele zdradzać - powiem tylko tyle, że jego motywem jest rzecz, która jest zwykłą, normalną rzeczą, występującą od setek lat. Raczej ciężko walczyć z czymś co jest naturalną cechą ludzką - dlatego też uważam to za absurdalne. Stąd też rozwiązanie całej tej historii mnie po prostu śmieszyło - totalnie nie wywołało to we mnie ani żadnego zdziwienia, ani też dreszczyku emocji. Ogólnie cała ta sprawa była po prostu "grubymi nićmi szyta". I ja wiem, że to jest slasher, że nie ma co się tutaj doszukiwać jakiejś głębi, jednak właśnie tak nam zostało to przedstawione. To miał być niby głęboki i poważny problem - jednak taki nie był.
Możliwe jest jednak to, że na moją ocenę wpłynął fakt, że przed lekturą obejrzałam film. "Frendo" pojawił się w kinach w maju, a książka dopiero w lipcu. Ja wolę najpierw przeczytać książkę, a dopiero potem obejrzeć film. Jak wypadła ekranizacja powieści Adama Cesare?
"Frendo" 2025
Fabuła filmu jest taka jak w książce, czyli w skrócie: Quinn (Katie Douglas) przyjeżdża wraz ojcem do Kettle Springs, aby uciec od przeszłości. Na miejscu poznaje grupkę młodzieży z bogatym Colem (Carson MacCormac) na czele. Szybko poznaje miejscową legendę o klaunie-założycielu Frendo. I równie szybko klaun ów postanawia zrealizować swój szatański plan.
Niestety film jest moim zdaniem mocno średni. Bolączki, z którymi mierzyła się książka zostały przeniesione na ekran - twórcy tego nie uniknęli, a nawet dołożyli coś od siebie, w negatywnym tego słowa znaczeniu. Cała ta historia wydawała mi się jakaś płytka i pozbawiona wyrazu. Postacie były papierowe, a niektóre wręcz groteskowe. Do tego zabrakło klimatu - poza paroma scenami jakoś mnie to wszystko nie zaangażowało. Oczywiście nadal są powielone te głupie motywacje mordercy, co tutaj dopiero wyglądało śmiesznie. Ponadto twórcy filmu pominęli jeden bardzo ważny dla fabuły i zakończenia wątek - nie mam pojęcia skąd ta decyzja, bo to był jeden z ciekawszych momentów w książce. Jednak film nie jest tragiczny - nie przynudza, dużo się dzieje, mamy fajną muzykę i scenografię, a gra aktorska nie jest najgorsza. Na jeden wieczór ze slasherem może być. Jednak książka bardziej mi się podobała, mimo paru negatywów i wcale nie żałuję, że ją przeczytałam. Myślę też, że chętnie przeczytam o dalszych przygodach naszych bohaterów.
Ogólnie bardzo potrzebuję książkowych slasherów, więc wezmę wszystko co dają 😁.
Dzisiaj chciałam napisać o najnowszej książce jednej z moich ulubionych pisarek, czyli Ruth Ware. Jest to brytyjska autorka, znana z takich książek jak "Śmierć pani Westaway", "Pod kluczem", czy "W ciemnym, mrocznym lesie", z czego ta ostatnia jest moją ulubioną. Jej najnowsza książka zatytułowana jest "Para idealna".
Życie Lyli, ambitnej wirusolożki, nie wygląda ostatnio zbyt różowo - prowadzone przez nią badania okazały się fiaskiem, a jej związek zmierza donikąd. Kiedy jednak jej chłopak Nico, który jest aktorem, dostaje propozycję udziału w reality show pt. "Para idealna", dziewczyna postanawia się zgodzić. Mimo wszystko zależy jej na Nico i ma nadzieję, że to może pomóc ich związkowi. Dlatego też wyrusza z nim na tropikalną wyspę. Jednak od początku wszystko idzie nie tak - reality show wydaje się podejrzanie kiepsko zorganizowane, inne pary radzą sobie o wiele lepiej od nich, a na dodatek rozpętuje się straszliwa burza, która odcina ich od świata. Od tej pory reality show staje się prawdziwą walką o przetrwanie. Jednak, co jeśli nie tylko natura jest ich śmiertelnym wrogiem?
Od razu chciałam zaznaczyć, że mam trochę mieszane uczucia co do tej książki - z jednej strony podobała mi się, z drugiej mam wrażenie, że coś tutaj kuleje, ale zaraz wyjaśnię o co mi chodzi. Zacznę od plusów. Książka ma fajny klimat - mamy tutaj rajską wyspę, na której ma się odbywać reality show. Z powodu burzy zabudowania na wyspie zostają zniszczone, co dla naszych bohaterów oznacza walkę o przetrwanie. Napięcie też jest umiejętnie budowane - od początku mamy wrażenie, że coś jest nie tak. To całe reality show jest "grubymi nićmi szyte", a producent zdecydowanie coś ukrywa. Kiedy wyspa zostaje odcięta od świata, bohaterowie na początku muszą zmagać się z bezlitosnym żywiołem, a później, kiedy okazuje się, że zaczyna brakować zapasów, rozpoczynają walkę między sobą. Wydaje się, że to klasyczna sytuacja, którą znamy z wielu książek i filmów - w obliczu katastrofy ludzie potrafią się pozbyć swojego człowieczeństwa byleby przetrwać. Wtedy zdolni są do najokrutniejszych czynów, a tutaj ta sprawa ma drugie dno. Podobało mi się jak autorka pokazuje przejście do czystego instynktu przetrwania. Na początku wszyscy sobie pomagają, współpracują, razem przeżywają każdą stratę. Jednak z czasem sytuacja się zmienia - nie dzieje się to od razu, na początku są to drobne niesnaski, nieporozumienia, różnice zdań, ale z czasem emocje zaczynają brać górę i konflikt eskaluje, aby wskoczyć na naprawdę niebezpieczne tory. Z ciekawością obserwowałam tą przemianę, kiedy nawet ci szlachetni potrafili zmienić zdanie. Niby nie była to żadna innowacja, ale dobrze się to czytało.
Jeśli chodzi o postacie, to były one dosyć ciekawe i chociaż niektóre irytowały, to nie przeszkadzało to w odbiorze. Całą historię poznajemy z perspektywy Lyli - rozsądnej pani naukowiec, która najbardziej nie pasuje do tego całego towarzystwa. Pozostali to głównie modele, trenerzy, influencerzy itp. Lyla bierze udział w reality show dla swojego chłopaka Nico, z którym trzeba przyznać tworzą dziwną parę. Wydaje się, że są totalnymi przeciwieństwami i nic ich nie łączy. Jednak mimo to, coś między nimi zaiskrzyło. Lylę, jako główną bohaterkę oceniam dobrze - zawsze starała się właściwie postępować, troszczyła się o innych, była silna i waleczna. Choć wydawała mi się trochę nudna. Poza tym mamy tutaj taką sytuację typową dla dzisiejszego przekazu - silne kobiety kontra źli, szowinistyczni mężczyźni. Nie do końca mi się to podobało - wolałabym jakieś urozmaicenie.
Akcja jest naprawdę wartka - praktycznie cały czas coś się dzieje. Nasi bohaterowie walczą z burzą, wiatrem, wodą, pragnieniem, głodem, aż w końcu sami ze sobą. Dzięki temu książkę bardzo dobrze się czyta i nie ma chwil znudzenia. Nie ma też zbędnych opisów, a autorka skupia się na konkretnych rzeczach. Historia jest ciekawa i wciągająca i mamy ochotę poznać jej zakończenie.
Jednak od pewnego momentu miałam wrażenie, że coś tu kuleje i nie byłam do końca w stanie określić co. Dopiero na koniec stało się to jasne. Książki Ruth Ware znane są z naprawdę ciekawych i dosyć mrocznych tajemnic i zwrotów akcji. Tutaj w ogóle tego nie było, aż byłam zdziwiona - nie było tutaj praktycznie żadnej tajemnicy. Szybko jest wiadome kto jest tym złym, można się domyślać dlaczego i jak to wszystko zostało dokonane. To całe reality show od razu jest podejrzane i mamy jako takie pojęcie dlaczego. Nie ma takiego dreszczyku emocji, czyli tajemnicy kto spośród obecnych to zrobił, tu jest to raczej jasne. Do końca czekałam na jakiś niesamowity zwrot akcji, że jednak okaże się, że moje myślenie było całkowicie błędne i stało się tu coś nieprzewidywalnego, ale nic z tego. Nie było wyrywającego z butów plot twistu, nie było szokującego zwrotu akcji, nie było niczego niesamowitego. I to mi się bardzo nie podobało, bo ze strony Ruth Ware jestem przyzwyczajona do czegoś innego, a w tej książce pokazano nam bezpieczną, poprawną i wygładzoną opcję. Z jednej strony książka jest ciekawa i wciągająca, z drugiej przewidywalna. Jednak nie jest ona zła - dla wielbicieli książek katastroficznych, o walce o przetrwanie w dziczy, przygodowych, to myślę, że będzie ona bardzo dobrym wyborem, ale dla fanów kryminałów i thrillerów już trochę dyskusyjnym. Myślę, że każdy musi przekonać się sam.
Jeśli mielibyście ochotę poczytać o innych książkach Ruth Ware to serdecznie zapraszam:
Jestem wielką fanką slasherów, a szczególnie tych z lat dziewięćdziesiątych - to były czasy mojego dzieciństwa i dlatego też mam do nich wielki sentyment. Najważniejszymi slasherami tamtych czasów był "Krzyk", "Ulice Strachu" i właśnie "Koszmar minionego lata", z czego ten ostatni jest moim ulubionym. Byłam wtedy wielką fanką serialu "Buffy: Postrach wampirów", a odtwórczyni głównej roli, czyli Sarah Michelle Gellar, właśnie zagrała w tym filmie. Wtedy oglądałam wszystko z jej udziałem. Były to czasy, kiedy w telewizji nie było wielu kanałów, a jak się chciało obejrzeć jakiś film, to trzeba było udać się do wypożyczalni kaset video - wiem w dzisiejszych czasach brzmi to jak jakaś fantastyka, ale tak było. Jako, że była dostępna tylko jedna kaseta z tym filmem, to niełatwo było ją zdobyć - jednak w końcu mi się to udało, a raczej mojej mamie. Film od razu strasznie mi się spodobał i muszę przyznać, że oglądałam go wiele razy i teraz też często do niego wracam. Niedawno okazało się, że ma powstać kolejna część. Po udanej kontynuacji "Krzyku" byłam bardzo podekscytowana tą wiadomością. Nie mogłam się doczekać premiery. Jednak zanim przejdę do umówienia najnowszego filmu, chciałam zacząć chronologicznie.
"Koszmar minionego lata" 1997
Czworo przyjaciół: Helen (Sarah Michelle Gellar), Barry (Ryan Phillippe), Julie (Jennifer Love Hewitt) i Ray (Freddie Prinze Jr.) wracają samochodem z miasteczkowej zabawy. Nastrój jest nadal bardzo imprezowy, a nastolatkowie piją alkohol. Przez to, na odludnej drodze, dochodzi do wypadku i potrącają człowieka. Bojąc się konsekwencji, pozbywają się ciała, wrzucając je do oceanu. Następnie przysięgają, że nikt nigdy nie dowie się prawdy, o tym co się stało. Jednak rok później ktoś przesyła im liściki z groźbami, w których jest napisane: "Wiem, co zrobiłeś poprzedniego lata". Czyżby ktoś jednak widział ich na miejscu wypadku? Jeśli tak, to dlaczego nie zgłosił tego na policji? Dlaczego bawi się z nimi w "kotka i myszkę"? Młodzi ludzie uświadamiają sobie, że znaleźli się w potrzasku. Muszą odnaleźć dręczącą ich osobę zanim będzie za późno. Czy jednak mogą ufać sobie nawzajem?
Ten film ma wszystko co powinien mieć świetny slasher - fantastyczny klimat, ciekawą fabułę, napięcie, zwroty akcji, interesujące postacie i dreszczyk emocji. Klimat w tym filmie jest wręcz idealny - mamy małe, nadmorskie miasteczko, tajemnicę z przeszłości, lokalne legendy i groźnego zabójcę z hakiem. Akcja tutaj nie rozwija się powoli - praktycznie od razu dochodzi do wypadku, a jednak napięcie jest umiejętnie budowane. Postacie są typowe dla slasherów, czyli mamy mięśniaka, piękność, wyrzutka pragnącego być częścią paczki i oczywiście final girl. Uważam, że mimo pewnej sztampowości, bohaterowie są ciekawi i jest to zasługa aktorów - wszyscy byli wtedy bardzo popularni, tak więc w tym filmie jest naprawdę gwiazdorska obsada, co też przyciąga. Dodatkowo historia także jest wciągająca - mamy tu pewien element miejskich legend. Wiadomo, jak to w slasherach bywa, jest tu sporo absurdów i nieprawdopodobnych scen, ale to nie przeszkadza w odbiorze - slashery takie właśnie powinny być. Mimo, że oglądałam ten film wiele razy, zawsze tak samo mnie wciąga. Dla mnie jest to najlepszy slasher wszechczasów.
"Koszmar następnego lata" 1998
Mija rok od tragicznych wydarzeń z 4 lipca, a Julie nadal nie umie się pozbierać. Cały czas miewa koszmary, odczuwa lęk, a jej związek z Rayem wisi na włosku. Dlatego kiedy jej przyjaciółka Karla (Brandy Norwood) wygrywa wycieczkę na Bahamy, uznaje że to może być sposób na odrobinę relaksu i ucieczkę od natrętnych myśli. Kiedy jednak Julie wraz z Karlą, jej chłopakiem Tyrellem (Mekhi Phifer) i przyjacielem Willem (Matthew Settle) przybywają na wyspę, nic nie idzie po ich myśli - jest to koniec sezonu i prawie wszyscy turyści wyjeżdżają, zapowiadany jest straszny sztorm, a hotel wyraźnie odbiega od luksusowych standardów. Jednak nie to jest najgorsze - tropikalna wyspa kryje prawdziwe zło, a egzotyczne wakacje zmieniają się w walkę o przetrwanie.
I mamy kolejny ciekawy i wciągający slasher. Tym razem przenosimy się na rajską wyspę, która jednak praktycznie od razu zamienia się w piekło. Ponownie bohaterowie walczą z nieuchwytnym mordercą uzbrojonym w hak. Ta część jest wprawdzie troszeczkę gorsza od poprzedniej, ale ja nadal świetnie się bawiłam. Przede wszystkim dalej film ma fantastyczny klimat - jest to wyspa na Bahamach, która jednak z powodu sztormu zostaje odcięta od świata, a na niej grasuje niebezpieczny morderca, który w przeciwieństwie do przybyszów, wydaje znać ją na wylot. Jeśli chodzi o bohaterów to trochę bardziej mnie irytowali, ale w sumie nie było źle. Było dużo akcji, trup ścielał się gęsto, wyspa miała swoją tajemnicę oraz na końcu mamy niezły plot twist. Jedyną naprawdę przerażającą rzeczą w tym filmie było to, że dwie studentki myślały, że stolicą Brazylii jest Rio de Janerio 😁. Jednak dalej film jest naprawdę świetny.
"Koszmar kolejnego lata" 2006
Kiedy w wyniku głupiego żartu ginie nastolatek, grupa jego przyjaciół postanawia milczeć, mimo że częściowo przyczynili się oni do jego śmierci. Rok później okazuje się, że ktoś wie o całym zajściu i domaga się zemsty. Młodzi ludzie za wszelką cenę próbują dowiedzieć się kto za tym stoi i dlaczego. Jednak czy wystarczy im czasu?
Nawet nie wiem czy wobec tego filmu można mówić o trzeciej części. Bohaterowie są w ogóle niezwiązani z poprzednimi, a te filmy łączy tylko motyw przewodni. Został on stworzony nie do kin, ale na kasety video, co widać - jest to raczej mało ambitna produkcja niskobudżetowa. Jest to mocno średni film - taki do obejrzenia, kiedy nie ma nic ciekawszego, a my chcemy się trochę odmóżdżyć. Historia jest naciągana, bohaterowie papierowi, ujęcia dziwne, tło szare i bez wyrazu, a zakończenie pozostawia wiele do życzenia. Jednak było kilka fajnych scen, jak np. główna bohaterka wraca do domu wyciągiem i tam ją atakuje morderca. Ta część to takie typowe "guilty pleasure" - niby tandetne, ale dziwnie wciąga. Nie jest to dobry film, ale uważam że nie jest tragicznie i można obejrzeć.
"Koszmar minionego lata" (serial) 2021
Rok po śmiertelnym wypadku, w którym zginęła ich przyjaciółka, grupa nastolatków zaczyna być gnębiona przez tajemniczego prześladowcę. Wszyscy bardzo dobrze wiedzą dlaczego. Wiedzą co zrobili. Nie wiedzą tylko, że ktoś spośród nich ma o wiele więcej do ukrycia. Czy uda im się dotrzeć do prawdy?
Na początku miałam nadzieję, że ten serial nie będzie taki zły - dużo się działo, miał nawet fajny klimat i chciałam dowiedzieć się kto za tym wszystkim stoi i dlaczego. Jednak im dalej w las, tym gorzej - historia zaczynała być coraz bardziej naciągana, bohaterowie głupi, bez wyrazu i irytujący. Zachowania głównej postaci były kompletnie bez sensu i w ogóle nikt nie zauważył nic dziwnego. Końcówka była beznadziejna, motywacje mordercy kompletnie z d....y, a podjęte decyzje wołały o pomstę do nieba. Jedyne co ratowało ten serial to to, że nawet było trochę tajemnicy w tle i oczywiście piękno Hawajów. Można obejrzeć z braku laku, ale nie należy się spodziewać jakiegoś szału.
"Koszmar minionego lata" 2025
Grupa młodych ludzi po pijaku wygłupia się na drodze, przez co dochodzi do wypadku. Rok później ktoś zaczyna ich prześladować. Nie zamierzają jednak się poddać - dowiadują się, że to już kiedyś się działo. W ich mieście, prawie trzydzieści lat temu doszło do podobnej masakry, z której ocalało dwoje ludzi. Czy jednak powrót do przeszłości pomoże zrozumieć teraźniejszość? I czy uda się uciec przed tym, co się zrobiło?
I tak dochodzimy do gwoździa programu, a raczej w tym przypadku do gwoździa do trumny. Tak niestety, był to koszmar, ale nie minionego lata, ale tego lata, mojego lata. Jest to idealny przykład tego jak koncertowo można spieprzyć coś dobrego. Ale po kolei - mamy oczywiście bardzo podobną historię jak w poprzednich filmach, czyli dochodzi do wypadku, ludzie biorący w nim udział ukrywają prawdę, a rok później ktoś zaczyna ich prześladować. Niby ogrzewany kotlet, ale można było z tego coś wyłuskać - jednak nie tutaj. W tym filmie ta fabuła kuleje od początku do końca, w ogólne nie wciąga i jest bardzo grubymi nićmi szyta. Jednak nawet nie to jest najgorsze, najgorsi są bohaterowie - nudni, płytcy, irytujący i bezdennie głupi. Nie było kompletnie nikogo, do kogo można by poczuć choć cień sympatii. A najgorsze były dwie przyjaciółeczki, które chyba z założenia miały być tymi "silnymi kobietami", a były po prostu tępe i wulgarne, a ich dialogi żenujące. Najbardziej tragiczna była pani blondyna korzystająca z usług astrologa-empaty. Jak tylko otwierała usta, to od razu skręcało mnie w żołądku. Naprawdę kibicowałam mordercy, żeby w końcu się ich wszystkich pozbył - zrobiłby wielką przysługę światu. Nie pomógł tutaj nawet powrót bohaterów z oryginału - Jennifer Love Hewitt wyglądała jakby się nudziła, a jej bohaterka w ogóle nie była zaangażowana emocjonalnie. Jedynie Freddie Prinze Jr. coś tam próbował to ciągnąć, ale miał tak beznadziejnie napisaną rolę, że nie miał szans. Bardzo rozczarowało mnie małe cameo mojej ulubionej aktorki, czyli Sary Michelle Gellar - było dziwne i nic nie wnosiło. Do ostatnich scen można by było jednak jakoś to przełknąć, jako mocno średni slasherek do obejrzenia z braku laku, ale końcówka pogrążyła i tak tonący statek. W pewnym momencie miałam takie nieprzyjemne uczucie, że ta historia zmierza w bardzo niedobrym kierunku, ale mówię sobie "no chyba by tego nie zrobili" - a jednak zrobili. To była totalna, kompletna masakra, tragedia, dramat - nie wiem jakiego innego słowa mam użyć. Chyba końcówka miała szokować, ale we mnie wzbudziła po prostu niesmak. I zdziwienie, że można się tak samozaorać. Dawno tak nie zjechałam żadnego filmu, jednak tutaj zniszczono mój ulubiony slasher. Bardzo żałuję, że nie mogę tego odzobaczyć. A można było zrobić to dobrze - tak było w przypadku najnowszych "Krzyków" oraz niedawnego "Oszukać Przeznaczenie". I miałam nadzieję, że tak będzie - w końcu te filmy się udały. Jednak nie w tym przypadku. Ten serdecznie odradzam - lepiej sięgnąć po raz setny po oryginał.
Dzisiaj kolejna część serii Moondrive Shadows, czyli młodzieżowych thrillerów od Wydawnictwa Moondrive. Tym razem jest to książka Courtney Summers pt. "Sadie".
Małym miasteczkiem wstrząsa okropna zbrodnia - w opuszczonym domu zostają odnalezione zwłoki trzynastoletniej Mattie. Kiedy policja nie ma żadnych tropów, jej starsza siostra Sadie postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Nie ma zamiaru poddać się w poszukiwaniu prawdy. Jednak wkrótce dziewczyna znika. O jej sprawie dowiaduje się znany dziennikarz West McCray, który tworzy o niej podcast true crime zatytułowany "The Girls". Postanawia udać się tropem Sadie i znaleźć rozwiązanie sprawy. Czy jednak Sadie udało się dotrzeć do prawdy?
Muszę przyznać, że o ile poprzednia książka mi się podobała, co do tej mam sporo uwag. Zacznijmy jednak od pozytywów - temat podjęty w książce jest bardzo ciekawy, ale też przede wszystkim bardzo ważny. Ktoś skrzywdził dziecko w straszny sposób i nie została mu wymierzona sprawiedliwość. Co najgorsze zarówno Mattie jak i Sadie były w bardzo ciężkiej sytuacji życiowej, przez co łatwiej im było zostać ofiarami. Ich uzależniona od narkotyków matka nie tylko się nimi nie zajmowała, ale też przyprowadzała do domu różnych mężczyzn - chyba nie trzeba mówić jak bardzo jest to groźne. Jednak mimo tego dziewczynki starały się jak mogły. Szczególnie starsza - Sadie, która bardzo kochała swoją młodszą siostrę. Dlatego też starała się, aby Mattie miała jak najlepsze życie. Nietrudno podziwiać Sadie - była skrzywdzonym, pogardzanym i wyśmiewanym dzieckiem. Od małego się jąkała, przez co była obiektem drwin ze strony rówieśników. Jednak to i tak było najlżejsze co ją spotkało. Mimo tego przeogromnego cierpienia nie poddała się, ponieważ miała cel - życie jej ukochanej siostrzyczki. Kiedy nawet to jej odebrano, nie załamała się. Postanowiła za wszelką cenę wymierzyć sprawiedliwość. Jej niesamowita odwaga, determinacja, siła i bezwarunkowa miłość, pozwoliły jej zostać prawdziwą bohaterką. Możemy dokładnie odczuwać to co Sadie, ponieważ całą sprawę poznajemy z dwóch perspektyw - właśnie jej oraz podcastu "The Girls", gdzie przeprowadzane są wywiady z różnymi świadkami. Jest to bardzo ciekawy zabieg - ja z zainteresowaniem śledziłam jak dziennikarz krok po kroku odtwarza drogę Sadie, jednak w pewnym stopniu ją uzupełniając. Uwielbiam podcasty true crime, więc dla mnie było to naprawdę wciągające. Tak więc "Sadie" jest powieścią o miłości, walce o sprawiedliwość za wszelką cenę, niezapomnianych krzywdach, sile, odwadze i wierze w lepsze jutro. Ale......
I tu pojawia się moje "ale". Mimo, że książka porusza bardzo ważny temat - ja nie tego oczekuję od thrillera. Moim zdaniem to nawet nie był thriller, tylko dramat obyczajowy, czyli gatunek, którego osobiście nie cierpię. Ja czytam książki głównie dla rozrywki - chcę poznać ciekawą i wciągającą historię, poczuć dreszczyk emocji, być zaszokowana zwrotami akcji. Ale jednak nadal dobrze się bawić, a tutaj w ogóle się nie bawiłam, wręcz przeciwnie - byłam strasznie zdołowana. Czytam książki, żeby mnie wyrywały z dołka, a nie jeszcze bardziej w niego zakopywały. Dlatego właśnie nie lubię dramatów. Omijam nawet ciężkie thrillery - wolę te lżejsze jak Young Adult. Mało to mamy w życiu dookoła dramatów, o których non stop się słyszy? Ja właśnie chcę się od tego oderwać, a tutaj poczułam się oszukana - w tej książce nie było żadnej tajemnicy, bardzo szybko wiemy o co chodzi, nie znamy tylko szczegółów. Nie mamy tu typowego śledztwa, podejrzanych, mylenia tropów, zwrotów akcji itp. O ile poprzednia książka była klasycznym thrillerem, to ta w ogólne nim nie jest. Jest to po prostu smutna historia i tyle. Zakończenie jest w miarę, jednak może powodować irytację. Jednak chce podkreślić książka nie jest zła - jest dobrze napisana, porusza bardzo ważny temat, jest przejmująca i dla osób, które lubią tego typu literaturę, na pewno będzie bardzo ciekawa. Ona jest po prostu zła dla mnie - jak chcę tajemnicę, niewyjaśnione, dziwne okoliczności, mylenie śladów, wciągające śledztwo itp. Jak będę chciała się zdołować, to sobie włączę wiadomości. Jednak podkreślam - na pewno znajdą się czytelnicy, którym ta książka się spodoba - to już każdy musi ocenić sam.
"Moondrive Shadows" to nowa seria młodzieżowych thrillerów od Wydawnictwa Moondrive. Niedawno miała miejsce premiera pierwszej części, czyli książki Megan Lally pt. "To nie moje imię". Kiedy po raz pierwszy przeczytałam o tej serii, to bardzo mnie ona zainteresowała, ponieważ pomyślałam sobie, że może to być coś w stylu "Ulicy Strachu", czy książek Natashy Preston, które uwielbiam. Dlatego też bardzo chętnie po nią sięgnęłam. Czy tej serii uda się skraść moje serce?
Kiedy młoda dziewczyna budzi się na poboczu drogi pośrodku niczego, jest obolała i zdezorientowana. Jednak po chwili dociera do niej, że nic nie pamięta - ani tego kim jest, ani swojej przeszłości. Nie wie nawet jak ma na imię. Kiedy na komisariat policji zgłasza się człowiek, który rzekomo jest jej ojcem, powinna poczuć ulgę - jednak tak nie jest. Kilkaset kilometrów dalej Drew desperacko poszukuje swojej zaginionej dziewczyny Loli. W ich małym miasteczku wszyscy uważają go za winnego. Jednak on nie zamierza poddać się w walce o prawdę. Czy te sprawy mogą się ze sobą łączyć?
Muszę przyznać, że ta książka mi się podobała, jednak z paroma "ale". Zacznę od pozytywów. Przede wszystkim książka napisana jest w sposób lekki, przyjemny i wciągający. Historia jest dosyć ciekawa i mamy ochotę dowiedzieć się więcej. Cała fabuła prowadzona jest dwutorowo: z perspektywy Mary oraz Drew i uważam, że był to bardzo dobry pomysł. Obie postacie są w porządku - nie irytują zanadto, mają dosyć ciekawe osobowości, a ich przemyślenia nie są wywodami zblazowanych nastolatków. Oboje znaleźli się w sytuacji nie do pozazdroszczenia i radzą sobie jak umieją. Mary straciła pamięć i nie wie kim jest, a jednak stara się ufać swoim instynktom. Drew pragnie za wszelką cenę odnaleźć swoją dziewczynę i to nie tylko dlatego, że mu na niej zależy i chce udowodnić swoją niewinność. Widać, że jest to odważny młody człowiek, który nie cofnie się przed niczym, aby dowiedzieć się prawdy. Uważam, że obie te postacie są bardzo dobrze poprowadzone i pasują do tej historii. Na uwagę zasługują też bohaterowie drugoplanowi, czyli przyjaciele Drew - Autumn i Max. Autumn jest taką dziewczyną z charakterem i mimo, że na początku nie wierzy Drew, potrafi przyznać się do błędu. Max jest prawdziwym przyjacielem, który potrafi okazać wsparcie w najtrudniejszym momencie.
Klimat książki też jest w porządku - mamy małe miasteczko, tajemnicze zaginięcie, utratę pamięci, desperackie poszukiwanie prawdy i poczucie, że coś jest nie tak. Akcja jest dosyć wartka, praktycznie cały czas coś się dzieje i nie ma zbędnych dłużyzn, ani rozwleczonych opisów. Fabuła jest prosta, lekka i przyjemna, jednak czy nie za prosta?
I tu właśnie przechodzimy do tego "ale". Historia przedstawiona w książce nie jest żadną innowacją - były już dziesiątki tego typu spraw. Bardzo łatwo domyśleć się o co chodzi i do tego nie trzeba być Sherlockiem Holmesem. Nic mnie w tej książce nie zaskoczyło, a zwroty akcji były do przewidzenia. Zakończenie jest ok, jednak w ogóle nie wyrywa z butów. Czytając tą książkę miałam wrażenie, że gdzieś to już wszystko widziałam, dlatego też nie odczuwałam żadnego dreszczyku emocji. Fabuła prawie w ogólnie nie trzyma w napięciu, może na początku. Potem wszystko praktycznie staje się jasne i na samym końcu jest trochę akcji. Klimat jest przyzwoity, ale nie tak fantastyczny jak w wymienionych na początku książkach. Może to u mnie wynika z tego, że ja jestem starym wyjadaczem thrillerowym, ale dla nastolatków, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z tym gatunkiem, książka będzie w sam raz. Jednak podkreślam, że ta książka nie była zła - bardzo dobrze mi się ją czytało, była ciekawa, a cała historia nawet mnie wciągnęła. Dlatego też mam zamiar przeczytać pozostałe książki z tej serii. Myślę, że dla kogoś poszukującego lekkiego thrillera z ciekawą historią i klimatem, ta książka będzie bardzo dobrym wyborem.